Cztery ciąże.Trzy porody. Trzy zupełnie inne historie. Moje historie.

Ada - 26 maja 2018
kosmetomama
Jestem mamą. Zawsze było to moim marzeniem.Wyobrażałam sobie siebie, w domku z ogrodem, siedzącą przy stole z dziećmi i z mężem. Wokoło śpiewają ptaki, kołyszą się drzewa i świeci słońce. Wiesz taka piękna i nieskazitelna wizja przyszłości. Dzieci oczywiście posłuszne i uśmiechnięte.  Odkąd pamiętam chciałam  mieć dwójkę lub trójkę dzieci. Płeć była mi obojętna, byleby zdrowe były. Tak myślałam, chociaż nie wszyscy w to wieżą, bo przecież napewno całe życie marzyłam o chłopcu tudzież dziewczynce, w zależności od tego kto pytał.

 

Nie wiedziałam tylko jak trudnym do spełnienia i do realizacji jest ten mój plan. Pierwszy raz moja wizja macierzyństwa i ogólnie ciąży zaskoczyła mnie niedługo po tym jak test wskazał 2 kreski. Równie szybko też przekonałam się, że w ciąży być nie lubię, bo wymiotowałam po wszystkim i wszędzie, przez całą ciążę aż do samego porodu. Dodatkowo musiałam brać lekarstwa, które ciążę podtrzymują bo miałam skurcze, które mogły doprowadzić do poronienia lub przedwczesnego porodu.

Moja pani doktor prowadząca ciążę poleciła mi swój szpital w Warszawie oraz opiekę położnej. Skorzystałam z polecenie bo bałam się inaczej. Miałam pewnie miejsce w szpitalu bo miałam skierowanie od lekarza prowadzącego, miałam położną, która miała mi pomóc w porodzie. Pierwszym porodzie. Jak już jesteś mamą to wiesz, że możesz o tym czytać książki, uczestniczyć w szkole rodzenia, ale nie da się na to przygotować w pełni. Może zaskoczyć i czas i miejsce porodu. Mnie zaskoczył. Odeszły mi wody o 2 w nocy. O 2 w nocy w 36 tygodniu ciąży.

Pojechaliśmy do szpitala. Przez 11 godzin, pomimo odejścia wód nie mogłam urodzić, bo rozwarcie zatrzymało się na 4 cm i ani drgnęło. Na szczęście była tam moja położna, która zawołała panią doktor. Pani doktor podała mi znieczulenie, które znacznie przyspieszyło poród. Na świat wyszła moja malusieńka 49 centymetrowa Zosia. Położna ją przejęła i zaniosła do personelu medycznego na ważenie, mierzenie i niezbędne zabiegi. Pani doktor mnie zszywała. Było trudno, bolało, był stres i łzy, ale byłam wdzięczna za mój mały, zdrowy skarbek, które jest już na świecie.

Gdy Zosia miała 2,5 roku na świecie pojawiła się moja mała buntowniczka Helenka. Ona z kolei na świat się w ogóle nie pchała, a wręcz urodziła się z miną obrażonej Pani Prezes. Urodziła się w 40 tygodniu ciąży. Poród zaczął się po południu, ale na dobre rozkręcił się nad ranem następnego dnia.  Skurcze były silne i nieregularne. Zadzwoniłam do mojej położnej, tej samej która była obecna przy urodzinach Zosi. Powiedziała, że jest w szpitalu i żebym przyjechała. Niestety tego dnia nie było w nim mojej prowadzącej Pani doktor.

Rodziłam krócej, bo 6 godzin. Tym razem nie dostałam znieczulenia pomimo mojej prośby i ogromnego bólu. Nie wiem czy anestezjolog nie mógł przyjść czy położna go nie wezwała. Gdy zaczęły się bóle parte krzyczałam i chwytałam się wszystkiego co było pod ręką. Pamiętam tylko przebłyski obrazów i palący ból. Gdy Helka wreszcie się urodziła Pan doktor, który przyszedł aby mnie zszyć zapytał się tylko “Czy Pani musiała tak krzyczeć?”. Odpowiedziałam mu tylko, że inaczej umarłabym z bólu. Uśmiechnął się do mnie jak bym powiedziała jakiś żart. Nie kontynuowałam konwersacji. W tamtej chwili byłam skupiona tylko na tym, że Helka jest już ze mną.

Lekarz miał jednak coś jeszcze do przekazania zaczął “Wie Pani jak rodziła Pani bez znieczulenia, to ja Panią bez znieczulenia już zszyję, bo tak to podanie znieczulenia potrwa dłużej niż samo zszywanie”. Zaczął szyć i co jakiś czas zachwycał się tylko moją odpornością na ból. Szycie trwało i trwało. Miałam 10 szwów, bo Helka wyszła w pozycji “Supermana” czyli z jedną ręką do góry przy głowie. Bolało, ale w tamtej chwili chciałam tylko żeby sobie poszedł i zostawił mnie i Helkę w spokoju. Przyrzekłam też sobie, że jeśli będę miała trzecie dziecko to napewno nie urodzę go w tym szpitalu.

I nie urodziłam. Trzy lata po Helce był już ten moment kiedy chcieliśmy mieć trzecie i ostatnie dziecko. Któregoś dnia czułam się inaczej. Jak jesteś w trzeciej ciąży to już znasz swój organizm i wiesz, że coś się zmieniło. Test pokazał 2 kreski. Jedna z nich była trochę mętna, ale widoczna. Dla potwierdzenia zapisałam się na usg do Pani doktor, która prowadziła moje dwie wcześniejsze ciąże. Dzień przed wizytą zaczął mnie bardzo boleć brzuch. Tak dziwnie jakby na miesiączkę. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale pomyślałam, że tak może być, bo z Zosią w ciąży też czasem mnie tak pobolewał.

Poszłam zwyczajnie do łazienki, usiadłam na toalecie i  za chwilę jednak okazało się, że coś jest nie tak. Woda w toalecie stała się czerwona. Nie wiedziałam co robić i kogo wzywać. W domu był mój mąż, zabrał dziewczynki i kazał zadzwonić do mojej pani doktor. Ze łzami w oczach, drżąca ręką wybrałam numer. Opowiedziałam moją historię w odpowiedzi usłyszałam “Adrianka najpewniej ronisz”. Kiedy usłyszałam te słowa, to tak jakby kawałek mnie przestał istnieć. Krwawiłam boleśnie przez kilka dni. W tym czasie nie liczyło się dla mnie nic. Przez te kilka dni, płacz przeplatał się ze stanami obojętności. Musiałam jednak szybko wrócić do formy dla moich córek. One nie wiedziały co się ze mną działo.Były za małe. Postanowiłam im tego oszczędzić.

Po miesiącu przyszłam na kontrole do Pani doktor. Zrobiła mi usg aby sprawdzić czy wszystko jest dobrze i czy mogę za jakiś czas spróbować znowu być w ciąży. Spróbować tym razem to słowo wydawało mi się bardzo adekwatne do sytuacji. Do tej pory po prostu się udawało, a teraz nie byłam tego pewna. Pani doktor powiedziała, że dla bezpieczeństwa trzeba odczekać jeden cykl. Próbowała mnie pocieszyć, że nawet u zdrowiej kobiety takie rzeczy po prostu się zdarzają i że poronienie nie wpływa na inne ciąże.

Odczekaliśmy i zaczęliśmy się starać. Tym razem nie było to tak proste, jak do tej pory, bo przez głowę przechodziły mi różne niepokojące myśli. Po 6 miesiącach byłam znowu w ciąży. Na usg zobaczyłam bijące serduszko mojego dziecka. Ale ten strach przed poronieniem był przytłaczający. Za każdym razem gdy, korzystałam z toalety patrzyłam czy aby napewno nie krwawię. Zastanawiałam się kiedy następne badanie kontrolne i czy wszystko jest ok. To wszystko strasznie na mnie wpłynęło. Byłam przybita i zestresowana. Wykończona psychicznie i fizycznie do tego stopnia, że jak nie martwiłam się o dziecko, bo już było na tyle duże, że nawet wczesny poród przestał być dla niego niebezpieczny, to bałam się, że ja przy tym porodzie umrę.

Wszystko oczywiście skończyło się pięknie. Ja rodziłam w małym kameralnym szpitalu, który sobie wybrałam. Z położną, którą sobie wybrałam i w pojedynczej sali dla mojego komfortu. Położna była niezwykle kompetentna, lekarze pomocni, pielęgniarki noworodkowe przyjazne i wykwalifikowane. Rodziłam Jacka w ciszy i spokoju. Miałam znieczulenie, dlatego też Jacek urodził się po 3 godzinach. Po porodzie mieliśmy możliwość kontaktu skóra do skóry przez 2 godziny. Do tej pory nie było mi to dane. Po badaniach synek znowu był ze mną. Po 5 dniach wróciliśmy do domu i rozpoczęliśmy swoją drogę w piątkę.

Teraz mam to swoje wymarzone macierzyństwo. W domku z ogrodem gdzie śpiewają ptaki, a dzieci hałasują, krzyczą i się kłócą. Czasem kochają a czasem nie lubią. Mam te swoje ukochane zdrowe łobuziaki. Każdy z innym temperamentem, innymi upodobaniami, ale mam ! Po mimo bólu porodu i po mimo sytuacji mniej sympatycznych, mam je przy sobie. Lekarze, położne i pielęgniarki niemowlęce. Wszyscy ci ludzie, a było ich tak wiele, przez te 5 dni zajmowali się moimi dziećmi i monitorowali stan ich zdrowia.

W sali porodowej w Polsce gdy ja rodziłam zdrowe dziecko, które na “dzień dobry” miało wielkie szanse na przeżycie dzięki personelowi medycznemu i aparaturze. W tej samej chwili tysiące kilometrów od  mojego szpitala gdzieś w Afryce jakaś mama, która tak samo mocno jak ja czekała na swoje dziecko nie ma najczęściej szans na poród, który kończy się radością. W Afryce 8 na 10 żywych noworodków umiera w pierwszej dobie po urodzeniu z powodu komplikacji porodowych, wczesnego porodu, zwykłych infekcji. Kobiety często nie rodzą w szpitalach, bo mają tam za daleko a karetek nie ma. Zwykłe infekcje, uleczalne u nas, zabijają noworodki w Afryce. Na 10 tyś osób w Afryce wypada 1 wykwalifikowana pomoc medyczna. A przy moim porodzie było aż tyle osób, tyle więcej szans na zdrowie, szczęście, przeżycie.

Piszę to ze łzami w oczach, bo nie wyobrażam sobie sytuacji w której ze szpitala wracam do domu sama, bo “kiedy umiera dziecko,to tak jakby  umiera też i matka”. Dlatego też w tym dzisiejszym szczególnym dniu to Ty możesz dać wyjątkowy prezent innej kobiecie, innej mamie. Zwiększ szanse jej dziecka na przeżycie więcej niż jednego dnia.

 Czy jest na świecie bardziej wartościowy prezent?

Pomóc możesz po przez fundację UNICEF, która powstałą dzięki Polakowi dr. Ludwikowi Rajchmanowi i niesie pomoc już od 72 lat. Wejdź na stronę tu klik ->Unicef  i tam możesz przelać jednorazową lub comiesięczną dowolną kwotę. Wspomóż UNICEF jak ja . Nie zastanawiaj się, bo każda złotówka się liczy!

Jestem mamą, ale też człowiekiem pełnym empatii, dlatego też zdecydowałam się na przyłączenie do kampanii UNICEF “Więcej niż dzień” i Ciebie też do niej zapraszam!

unicef-wiecej-niz-dzien

 

W kampani wzięły też udział inne mamy i mam nadzieję, że Ty też weźmiesz udział. Maja Bohosiewicz, która oprócz tego, że jest bizneswoman jest też mamą, oraz Aktorka i kobieta niezwykle wrażliwa Magdalena Różdżka – Ambasadorka Dobrej Woli Unicef i mama 2 córeczek. Dołącz do nas tu klik 

 

 To dobry dzień żeby uratować komuś życie !

 

unicef-magdalena-rozdzka

 

Trzymajcie się i życzę Wam pięknego dnia mamy!

kosmetomama-blog-kosmetologiczno-parentingowy

 

(Visited 592 times, 1 visits today)